poniedziałek, 31 lipca 2017

Orient Pampuch

Lipiec. Miał być lajtowy w pracy, bogaty w rozwijanie zainteresowań (żebyście widzieli ten ambitny zaczątek makramy na mojej ścianie...) i relaksujący. Zamiast tego wyrobiłam więcej godzin niż w czerwcu i przyznam szczerze doznałam lekkiego szoku, kiedy to podsumowałam wszystko na rachunku. Nie czuję, że zwolniłam- wręcz przeciwnie, przegoniłam przez ten lipiec, wracając do swojego starego zwyczaju jedzenia w samochodzie. Prawie nic nie udało się ugotować ani upiec. Ale raz poszliśmy sobie z konQbkiem na śniadanie. A wracając, zahaczyliśmy o sklep z kuchniami świata i poczyniliśmy inwestycję w bambusowy parownik. No i trzeba go było przetestować.
Idea zakupu parownika pojawiała się i znikała od czasu do czasu. Zaczątkiem były fantastyczne bułeczki, które zjedliśmy w Londynie (zobaczycie je w tym wpisie). Następny bodziec to food truck Pan-puch, w którym z piętrowych bambusowych wież dwie dziewczyny wyczarowywały niesamowite azjatyckie parowańce. Ostateczna decyzja zapadła, kiedy kupiłam za grosze książkę kucharską Goka Wana, w której był przepis na te bułeczki właśnie. Trzeba było tylko znaleźć się we właściwym miejscu z dwoma dychami w kieszeni, nabyć parowe ustrojswo i eksperymenty można było zacząć...

CHIŃSKIE BUŁECZKI NA PARZE Z MIELONĄ WOŁOWINĄ

Ciasto (na podstawie przepisu z książki "Kuchnia chińska według Goka")
500g mąki
7g suszonych drożdży
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki oleju arachidowego (plus trochę do wysmarowania miski)
300 ml ciepłej wody
Nadzienie (moja inwencja)
olej arachidowy do smażenia
400g wołowego mięsa mielonego

duży ząbek czosnku
2 chlusty calvadosu
1 chlust sosu Worcestershire
3 chlusty sosu sojowego
płaska łyżeczka nasion kolendry
szczypta mielonego imbiru
sól i pieprz do smaku

duża garść sałat (nasze! im ostrzejsze w smaku i bardziej aromatyczne tym lepiej- i nas głównie rzymskie, radicchio i endywia oraz resztki lodowej)
kilka gałązek mięty (nasza!)


Mieszamy  suche składniki na ciasto z olejem. Dodajemy połowę ciepłej wody i mieszamy, następnie wlewamy resztę wody, dokładnie mieszamy a potem wyrabiamy około 5 minut, aż ciasto jest sprężyste i aksamitne w dotyku (a będzie- uwielbiam je macać!). Kulkę ciasta wkładamy do miski nasmarowanej olejem i odstawiamy w ciepłe miejsce, żeby rosło aż podwoi swoją objętość (półtorej godziny powinno wystarczyć).
Przygotowujemy nadzienie. Podsmażamy mięso na oleju, dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę, sos Worcestershire i sojowy oraz calvados. Czekamy aż trochę odparują, dodajemy przyprawy i dokładnie mieszamy. Na sam koniec dodajemy sałaty i drobno posiekaną miętę. Mieszamy i ostawiamy do przestygnięcia. Im ostrzejsze w smaku sałaty, tym ciekawsze samo nadzienie i tym bardziej pasuje do delikatnego ciasta bułeczek.
Wyrośnięte ciasto chwilę wyrabiamy, usuwając nadmiar powietrza- jeśli zaczęło się kleić można na tym etapie dodać trochę mąki, ale nie za dużo, bo będzie zbyt zbite. Dzielimy je na osiem (albo i szesnaście- ja wole takie mniejsze) równych części, formujemy placuszki, na których kładziemy porcję nadzienia, krawędzie ciasta zbieramy od góry, skręcamy żeby się nie rozlepiły i nadajemy bułce kształt kuli. Tak przygotowane bułeczki odstawiamy do ponownego wyrośnięcia na jakieś piętnaście minut. Ważne jest, żeby posypać je mąką, bo są delikatne i lubią się przyklejać do podłoża.
W czasie kiedy rosną przygotowujemy parownik. Umieszczamy go na garnku z wodą o odpowiedniej średnicy, czekamy aż woda się zagotuje, po czym kładziemy kluski na piętrach, pamiętając o kawałku papieru do pieczenia lub chociaż folii pod bułesiami (o wiele łatwiej potem wszystko umyć). Bułki parujemy 12-15 minut, po każdym gotowaniu upewniając się, że wystarczy wody do następnego parowania.
Uwielbiam cały ten proces. Ciasto jest fantastyczne w dotyku- choć sama książka nie do końca mnie zachwyciła (była za 9zł, więc nie będę marudzić), to ten przepis jest idealny. Bułeczki są sycące i aromatyczne, najlepsze prosto z koszyczka, kiedy są jeszcze miękkie. No i samo parowanie- moment otwarcia pokrywki, kiedy nozdrza atakuje gorąca para wymieszana z aromatem bambusa i bułek... czysta poezja!

4 komentarze:

  1. hmm..mniam...przypomniałam sobie co nieco... z Pekinu...wprawdzie było to w kształcie sakiewek..nie bułeczek..ale było mniamuśne..smak?..odlot..po zdjęciach widzę, że tak samo..dobrze , ze piszę a nie muszę mówić, bo tak trochę ..miałabym problem z dykcją...kurczę... :)
    mała podpowiedź..spróbuj Magda różnych nadzień...ja kuszałam w restaurant...podali w tych bambusowych parownikach..były różne nadzienia...ryba..wołowina..wieprzowina..jarzyny..owoce morza..wszystko, ale to wszystko był przepyszne..uwierz..gratuluję inwencji..brawo Magda..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no bo Azjaci to ogólnie mają milion wersji takich podżerajek na parze- my próbowaliśmy jeszcze z kurczakiem curry i warzywami- był czad :-) ja zawsze myślałam, że to super trudne jest, ale okazało się całkiem przystępne :-) chociaż z tymi z Pekinu to nawet nie śmiem konkurować- musiały być mega!

      Usuń
  2. To co najbardziej istotne..to czad :)i tego się trzymajmy..całkiem przystępne mówisz?..myślę, że jednak dość trudne, a nawet uważam takie dania za hard core...konkuruj Magda na luzie z Pekinem, były mega i owszem ,ale nie jestem wcale taka pewna czy Twoje nie byłyby smaczniejsze..naprawdę... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-D czad na pewno, bo super radość jest z tych bułeczek- z robienia, jedzenia, wszystkiego; a jakby coś to zapraszam na szybki kurs parowania; skoro nawet takiej drożdżowej łamadze jak ja wyszły, to nie mogą być zbyt hard core ;-)

      Usuń